Kalendarz wydarzeń
Kartka z Kalendarza – 57 lat temu doszło do katastrofy kolejowej pod Działdowem

Był poniedziałek, 3 lipca 1967 roku, kiedy o godzinie 12:57 pociąg relacji Warszawa Wschodnia-Olsztyn-Ełk, zbliżał się do stacji kolejowej w Działdowie. Dzień był upalny, temperatura powietrza dochodziła do 32°C. Większość pasażerów pociągu osobowego o numerze 15111, prowadzonego przez lokomotywę parową Pm-2, udawała się na wakacje, by odpocząć nad mazurskimi jeziorami.
Pojazd kolejowy wjechał do Działdowa dokładnie o 12:59. Podróż dla jadących musiała być uciążliwa: dokuczliwy upał, brak klimatyzacji w wagonach, mała prędkość, jaką mógł wówczas rozwinąć pociąg oraz fakt, że zatrzymywał się on na wszystkich pomniejszych stacjach – to wszystko sprawiało, że pasażerom niezwykle się dłużyło i jak najszybciej chcieli dotrzeć do celu. Około godziny 13:09, pociąg dotarł do niewielkiej wsi Krasnołąka, oddalonej 8 km od Działdowa. Po krótkim postoju ruszył dalej w kierunku Kozłowa, osiągając prędkość 90 km/h. Wówczas przed oczami maszynisty pojawił się nieoznakowany, kilkumetrowy nasyp, który spowodował odczepienie się jednego z wagonów. Pociągnął on za sobą kolejne trzy, w efekcie czego tylny skład pociągu z wielką siłą stoczył się z nasypu. Zegary w momencie tragedii wybijały godzinę 13:13.
Pierwsza karetka przyjechała na miejsce zdarzenia 18 minut po katastrofie, zabierając ciężko rannych do działdowskiego szpitala. Kilka minut później, kolejne karetki z lekarzami, pielęgniarkami i sanitariuszami przybyły z Działdowa i Nidzicy. Do najbliższego od miejsca tragedii szpitala w Działdowie, zawieziono w sumie 20 pasażerów, którzy potrzebowali natychmiastowej pomocy lekarskiej. Wówczas na dyżurze w działdowskim szpitalu była Pani Halina Kowalska, pełniąca funkcję pielęgniarki oddziałowej. Oto krótkie wspomnienie, jakiego Pani Halina udzieliła nam kilka tygodni temu: „Ten dzień był dla całego personelu szpitalnego szokiem. Budynek był bardzo mały, a kiedy nagle zaczęli przybywać ranni, nie wiedzieliśmy co robić. Sala ogólna mogła pomieścić tylko 14 osób. Trzeba było układać materace na korytarzach, pielęgniarki z innych oddziałów od razu były zaangażowane do pomocy. Ściągano także pracowników służby zdrowia, którzy tego dnia mieli wolne. Ciała podróżnych były zmasakrowane. Te wspomnienie towarzyszy mi nieprzerwanie do dnia dzisiejszego”.
Jak ustaliła Komenda Powiatowa Milicji Obywatelskiej w Działdowie, w katastrofie kolejowej z 3 lipca, zginęło 7 osób. Co najmniej 47 pasażerów zostało rannych, w tym 5 ciężko. Poszkodowanych przewożono do 7 różnych szpitali, zlokalizowanych w Działdowie, Iławie, Mławie, Szczytnie, Olsztynie, Reszlu i Warszawie. Prawie miesiąc po tragedii, 30 lipca „Panorama Północy” donosiła: „Niektórzy pasażerowie tego pociągu po dziś dzień przebywają w szpitalu i nieszybko dojdą do pełni równowagi zdrowotnej, nie mówiąc już o psychicznej”.
Wśród rannych w katastrofie kolejowej pod Działdowem, był ks. Marian Jaworski. Późniejszy rektor Papieskiej Akademii Teologicznej, arcybiskup metropolita lwowski, bliski współpracownik i przyjaciel Jana Pawła II. W wyniku wypadku amputowano mu część lewej ręki. Na wieść o pobycie swojego przyjaciela w działdowskim szpitalu, ówczesny metropolita krakowski Karol Wojtyła, 11 lipca 1967 r. przyjechał do Działdowa w odwiedziny do ks. Jaworskiego. 38 lat później, to właśnie ks. Jaworski był przy umierającym papieżu, któremu udzielił wiatyku.
Znacznie rozszerzony i opatrzony źródłami tekst o katastrofie kolejowej w Działdowie przeczytacie Państwo w najbliższym, lipcowym numerze „Dzień Dobry. Działdowo.pl”, który ukaże się 5 lipca (piątek).
dr Radosław Wiśniewski, Muzeum Pogranicza w Działdowie
(na zdjęciu głównym katastrofa kolejowa pod Działdowem (3 lipca 1967). Na zdjęciu widać wykolejony pociąg / Fot. domena publiczna)